8 stycznia 2012

"Zapasy z życiem" Eric E. Schmitt

         Jun nigdy nie był szczęśliwym dzieckiem. Chowając w sercu bolesną przeszłość, opuścił dom i zamieszkał na ulicach Tokio zanim skończył 10 lat. Przetrwanie z dnia na dzień gwarantował mu tani szajs niewiadomego pochodzenia, który wciskał zamiłowanym w gadżeciarstwie mieszkańcom japońskiej stolicy. Zgorzkniały, nieufny i zamknięty w sobie, ograniczał kontakty z ludźmi do niezbędnego, opryskliwego minimum. Wszystko się zmieniło, gdy pewnego dnia stanął przed nim nieznajomy starzec i oznajmił „Widzę w Tobie grubego gościa”. Problemy z policją, zatargi z innymi wyrzutkami i niesłychany zbieg okoliczności sprawiają, że chłopiec ląduje na pokazie sumo, a potem zostaje przyjęty w poczet uczniów szkoły kształcącej przyszłych zawodników. Napotkany staruszek okazuje się właścicielem szkoły Kokugikan, a wiodący dotąd życie szczura Jun wyrusza z nim w podróż swojego życia.

Od samego początku Shomintsu staje się dla zagubionego chłopca ojcem i przewodnikiem. Pomaga mu pogodzić się z bolesną historią swojego życia i zbudować na niej trwały fundament pod lepszą przyszłość. Tłumaczy, jak ważne są dla ludzkiej tożsamości więzy z bliskimi i ich miłość. W urokliwym azjatyckim stylu dzieli się z nim mądrością przodków i uczy, że życie pozbawione celu jest puste i jałowe.

„Celem nie jest koniec drogi, tylko poruszanie się naprzód.”


Bez zbędnej indoktrynacji, a jedynie uelastyczniając się do potrzeb ucznia, pomaga mu przejść przez okres dojrzewania, sprawiając że ten odnajduje spokój i sens. Jakiś czas później młodzieniec spotyka piękną Reiko, która okazuje się dla niego największym wyzwaniem w życiu.

„Zapasy z życiem” to nie jest książka pełna frazesów i bajeczek. Nie odnajdziemy w niej superbohaterów i dobrych wróżek. To zwyczajna historia szansy, jaką los dał niepozornemu chłopakowi i dobra, które poniosła za sobą decyzja by z niej skorzystać. Prosty przekaz zawarty w dynamicznej akcji, pełnej smaczków z filozofii wschodu. Szczery i bezpretensjonalny, w sam raz dla tych, którzy potrzebują w życiu drogowskazu i wątpią w to, że są w stanie cokolwiek osiągnąć. To opowieść o wewnętrznej sile i wrażliwości na nieszczęście drugiego człowieka. O „grubych babkach i facetach”, których nosimy głęboko w sercu, a o których zbyt łatwo zapominamy. O miłości, która zmienia wszystko i pozorach, które nieźle potrafią przekłamać świat. Ot lekka, zwiewna i smakowita w stylu uczta na zimowy wieczór.

Nie uprzedzajcie się proszę do opowieści Erica E. Schmitta z uwagi na jego autorstwo. Ta niepozorna książeczka w magiczny sposób ogrzewa najbardziej nieczułe obszary w sercu i jest dowodem na to, że pisarz nie chce tanio dobrać się do naszej idealistycznej kieszeni.

3 stycznia 2012

"Włoskie sekrety" Małgorzata Yildirim

Kiedy kilka tygodni temu miałam przyjemność wygrać u Pitera Murphy’ego egzemplarz „Włoskich sekretów” Małgorzaty Yildirim, nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Ckliwa okładka w stylu włoskich romansideł, do tego równie słodki tytuł i notka wydawnicza zapowiadająca „podróż w poszukiwaniu szczęścia”. Siadłam w fotelu z kubkiem zielonej herbaty i wniosłam oczy ku niebu. Na jednym wdechu byłam w stanie z miejsca przytoczyć 10 niemal identycznych pozycji, a to nie wróżyło najlepiej. Lekko uprzedzona zaczęłam jednak zagłębiać się w prolog. I co? Wystarczyło 10 stron, by przejść ze znudzonego zawodzenia w płynne odszczekiwanie.

24-letnia amerykanka imieniem Miranda, wiedzie spokojne, choć nie do końca spełnione życie w Bostonie. Na co dzień pracuje jako przewodnik w muzeum, a w międzyczasie jest córką zgodnego małżeństwa, siostrą, zupełnie niepodobnej do niej Katie i najlepszą przyjaciółką pewnego szalonego Geja. Ma również trójkę uroczych siostrzeńców i dopiero co pochowała swoją ukochaną ciotkę Agnes. Kilka dni później ku zaskoczeniu całej rodziny Miranda dowiaduje się, że odziedziczyła po krewnej pół miliona dolarów, dom we włoskim Sorrento i rodzinną tajemnicę, którą ku ich jeszcze większemu zaskoczeniu, postanawia odkryć. Rusza tym samym w podróż do słonecznej Italii, gdzie spotyka nowych przyjaciół, zyskuje śmiertelnych wrogów, poznaje smak życia, odnajduje sens i trafia na miłość, o której nawet nie śmiała marzyć. A wszystko przecina się i gmatwa nieustannie.
Jeśli komuś zdaje się, że książka jest cukrowa i snująca się jak spaghetti na półmisku – jest w ogromnym błędzie.
Włoskie sekrety to nie bajeczka dla nieszczęśliwych starych panien, a magiczna opowieść o przewrotności losu i o tym, że nic, co robimy, nie pozostaje bez wpływu na otoczenie. O niełatwych decyzjach i jeszcze trudniejszych konsekwencjach. Potędze rodziny i wsparcia. O wewnętrznym świetle, które jak się okazuję nie jest przywilejem jedynie południowców, a którego zwyczajnie boimy się w sobie odkryć. O sile prawdziwej miłości, zrozumienia i akceptacji. O mocy wybaczenia i prawdzie, która może zabić, ale i powołać do życia bez żalu. Wreszcie o podróży w poszukiwaniu innych, a odnalezieniu siebie.
Wartka i doskonale przemyślana, a później błyskotliwie przelana na papier akcja, ma dużo więcej z sensacji niż powieści obyczajowej. Fabuła jest daleka od przegadania, a przy tym lekka, intrygująca i smakowita. Uzależniająca niczym włoskie słońce, które autorka tak pięknie zobrazowała w niesztampowych osobowościach bohaterów, a od którego nie sposób oderwać się nawet na moment przechłodzonej duszy z zachodu. Chwilami filozoficzna i delikatna, by na następnej stronie stać się pełną napięcia i powagi. Co tu dużo mówić – zarwałam dla tej książki noc i było to najlepsze niewyspanie w moim życiu. Długo nie mogłam uwierzyć w to, że „Włoskie sekrety” są debiutem pisarki, tym bardziej, że styl jest nie tylko nienaganny, ale również bogaty i porywający, co rzadko cechuje młodych literatów. Małgorzata Yildirim wkradła się historią Mirandy, Julianny, Rafaela i innych do mojego serca, gdzie niemal bezwstydnie przekomarzała się z moimi marzeniami i tęsknotami. Zaserwowała mi wyśmienitą kolacje złożoną z pasji, charyzmy, szczodrości, szczerości i głębi. Jakby tego było mało, na odchodne spakowała odrobinę melancholii i ciepła w niepozorny kartonik opasany zieloną wstążką nadziei. Bezcenny prezent.
Cechą bardzo dobrej książki, jest jej zdolność do gry na cienkich strunach ludzkich emocji. Powinna ona dotykać wrażliwości i docierać w czytelnikach głębiej. Zahaczać o podświadomość, skrywane uczucia. Rozgrzebywać strach, definiować ból i potęgować radość. Uzewnętrzniać wszystko to, o czym wolimy milczeć i targać naszym rozsądkiem w każdym, nawet totalnie irracjonalnym kierunku.
Powiedzieć, że „Włoskie sekrety” Małgorzaty Yildirim są bardzo dobrą pozycją, to stanowczo za mało.

28 grudnia 2011

"Między wierszami" Małgorzata Domagalik, Janusz L. Wiśniewski


Kobiety z założenia dużo mówią, a proces uzewnętrzniania się jest dla nich równie naturalny, jak oddychanie. Płaczą i cieszą się głównie słowami. Podczas wielogodzinnych rozmów telefonicznych z najlepszą (aktualnie!) przyjaciółką smakują życia, snują marzenia, dowartościowują się kosztem innych, wyżalają na otoczenie (w tym seksowniejsze od nich kobiety) oraz ekscytują wszystkim, co latynoskie, umięśnione i niedostępne. A całość na jednym wdechu. Milczą wyłącznie wtedy, kiedy są obrażone, ale jest to raczej stanem chwilowym. W większości przypadków nie ma znaczenia, co i jak wydobywa się z ich ust, byle przyniosło ulgę. Bo kobiety bardziej od rozmowy, uwielbiają emocjonalne wygadywanie się. Inaczej sprawa miewa się, gdy na przeciw staje inteligentny i mający coś do powiedzenia mężczyzna. Z miejsca zaczyna się niekończąca gra słów i pozorów. Linijki zaczynają ubierać się w szeregi wieloznaczności, podtekstów i niedopowiedzeń. Dominują wyważone zdania, zrodzone ze starannie dobranych słów, przemilczenia sprzyjające fascynującej tajemniczości, a wszystko spina delikatna kokieteria. Napięcie seksualne napiera na odwieczną wojnę płci i odwrotnie. Powietrze staje się gęste od chemii i perfum Chanel No.5.
Kiedy parę miesięcy temu skończyłam czytać „188 dni i nocy” Janusa L. Wiśniewskiego i Małgorzaty Domagalik stanęłam na skraju depresji. Totalnie oczarowana i zaczarowana książką nie wyobrażałam sobie kolejnych wieczorów bez niej. Jako kobieta, która doświadczyła w życiu magii mailowania ze wspaniałym mężczyzną, odnajdywałam w tej książce utraconą przeszłość i niedoskonałą teraźniejszość. Codzienność, w której nie trudno o dobór słów na niejeden temat i w niejednym języku, ale gdzie znalezienie szczerego słuchacza graniczy niemal z cudem. Tym bardziej wiadomość o tym, że powstała druga część zbioru, bo nie można tego w żaden sposób nazwać powieścią, czy antologią, była dla mnie niczym gwiazdowy prezent.
Ktoś może powiedzieć, że „Między wierszami” to odgrzewany kotlet, kolejna pseudoepistolograficzna pozycja niemająca w sobie nic z prawdy czy szczerości, a powołana do życia wyłącznie dla zysku autorów. Tylko czy ktoś tak poczytny i do tego pracujący zawodowo w dość hojnie wynagradzanej branży jak Wiśniewski, czy też redaktor naczelna znanego pisma potrzebują narażać swoje nazwisko dla kilku zer? Nie sądzę. Dlatego wierzę, gdy pytani o sens powstania książki mówią: 

[…] Sztuka rozmowy we współczesnym świecie zanika. Mamy coraz mniej czasu, aby zatrzymać się w pogoni za szczęściem i porozmawiać o tym szczęściu z innymi.[…] Rozmowa z samym sobą prowadzi do nieuniknionej arogancji. Rozmowa z drugim człowiekiem wymaga poza tym odwagi. Poddajemy się natychmiast ocenie rozmówcy. Wielu nie ma ochoty ani odwagi, aby poddać się takiej właśnie ocenie. Niektórzy idą wtedy porozmawiać z psychoterapeutą, inni rozmawiają nieustannie jedynie ze sobą.[…]

            A przecież jest tak wiele tematów, o których warto rozmawiać, a nie tylko mówić. Autorzy w kolejnych wiadomościach do siebie wracają do tematu śmierci, życia, snują dysputy o chemicznym składzie szczęścia, podróżach, wizytach w teatrze i najnowszych wynikach badań w sprawie mody na bycie singlem. Wspólnie kosztują sushi i testują kanapy z alcantary. Ona zabiera go do Paryża na spotkanie z Coelho, a On opowiada jej o diamentach z Placu Vendome. Dyskutują o afrodyzjakach, zmysłowym głosie Carli Bruni, starych fotografiach i braku granic z perspektywy weekendu w Genewie, Amsterdamie i Neapolu. Dzielą się smutkami i radościami codzienności, odkrywając odmienność swojego patrzenia na świat, a miejscami kłócąc ze sobą i twardo broniąc swoich racji. I znów robią to z klasą i wielką erudycją. Przynajmniej w mojej ocenie.
            „Między wierszami”, tak jak „188 dni i nocy” zasysa człowieka z miejsca. Oderwanie się od lektury i odmówienie sobie kolejnych stron jest niemal heroicznym wyczynem. Wszelkie obowiązki domowe i służbowe przybierają twarz matki, która z balkonu daje nam znak, że pora wracać do domu, kiedy my akurat nieśmiało trzymamy się za ręce z pierwszą miłością. Wiemy, że trzeba… ale tak trudno to przetłumaczyć sercu.
Powiedzieć, że czyta się to wyśmienicie, to zdecydowanie za mało. Że poszerza horyzonty i rozbudza wyobraźnie – zbyt prosto. Tę książkę najzwyczajniej pochłania się całym sobą, choć Wiśniewski zdaje się docierać głębiej i cieplej. On też więcej dywaguje, roztrząsa i odczuwa. Za to Pani Domagalik celniej punktuje. I jeśli czegokolwiek mogłabym chcieć więcej od tej pozycji, to wyłącznie tego, by częściej mówili „ze sobą”, jak w pierwszej części, niż „do siebie”. 

[…] Tak całkiem poważnie, zawsze robi na mnie duże wrażenie, kiedy mężczyzna potrafi dostrzec w kobiecie coś, czego nie zobaczyli w niej inni. Gdy doskonale wie, że te, a nie inne słowa wydają się jej prostackie, że nie trzeba jej pytać o to czy tamto, skoro to czy tamto wydaje się takie oczywiste, że wreszcie, nawet, gdy na niego nie patrzy, ma stuprocentową pewność, że gdy tylko odwróci głowę, napotka jego spojrzenie. I fajnym afrodyzjakiem jest jeszcze to, że gdy mężczyzna mówi „kocham”, to nigdy się przy tym nie uśmiecha i tylko wtedy jest naprawdę serio.[…]

Czy muszę dodawać, że polecam?

23 grudnia 2011

Świątecznie


Moi Drodzy
z okazji Świąt Bożego Narodzenia 
chciałabym życzyć Wam 
wszystkim i każdemu z osobna:

zdrowia - bo w rześkim ciele i duch rześki,
radości - odkrywanej każdego dnia na nowo, 
szczęścia - w co najmniej 5ciu smakach, 
miłości - rodem z ckliwych powieści, o których mówimy z przekąsem, a które w skrytości pielęgnujemy w sercu,
siły - by żadna góra nie była za wysoka
i samych życzliwych osób na Waszej drodze. 


Niech półki same się zapełniają książkami, 
listonosze zawsze docierają na czas,
a kolejne historie wzbogacają Was coraz mocniej.

Niech te święta pachną choinką, smakują rodziną i ogrzewają ciepłem ludzkich serc. 

Najlepszego!

15 grudnia 2011

Elif Safak "Czarne mleko"


Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że gdyby poprosić przypadkowo napotkanego mężczyznę o pisemną odpowiedź na pytanie “Co wiesz o kobietach?”, oddałby zupełnie czystą kartkę. Lekko zmieszany albo dowcipnie pewny siebie uśmiechnąłby się przy tym szelmowsko i dodał: „Ale i tak Was kochamy”. Nie ma się jednak, co bulwersować tym faktem drogie Panie, gdyż niejednokrotnie same dla siebie stanowimy nie lada zagadkę. Odnoszę wręcz wrażenie, że im więcej mamy możliwości w życiu, tym łamigłówka mocniej się komplikuje i gmatwa. Aż pewnego dnia przychodzi Nam siąść przy biurku mierząc się z tym samym zagadnieniem i okazuje się, że nie możemy przestać pisać, a kolejne, przeciwstawne sobie akapity, niczym klamrą spina zwrot „Bywa jednak, że…”. Bo być kobietą to wcale nie taka łatwa i prosta sprawa, jakby się mogło zdawać postronnym. Owszem stan, jak każdy inny, ma swoje wady i zalety, ale przez nieustanną mutacje nie daje się jednoznacznie sklasyfikować. A to męczy. Tym dotkliwiej, gdy każdego dnia przybywa kolejnych zmiennych.
Wiedziona notką wydawniczą i kilkoma krótkimi opiniami, spodziewałam się ckliwej historii młodej matki, która padła ofiarą depresji poporodowej. Oczekiwałam smutnej lektury o egzystencjalnych rozterkach, wątpliwościach i lamentu duszy. Wyżalania się i smarkania w rękaw, jak to ciężko i pod górkę ma w życiu ładniejsza z płci. Przygotowałam pudełko chusteczek, tabliczkę czekolady i telefon z numerem przyjaciółki. Ku mojemu zdziwieniu i nieskrywanej radości rzeczywistość okazała się dużo lepsza.
Elif Safak jest kobietą, wziętą pisarką i felietonistką rodem ze Stambułu. Córką rozwódki, żoną stoika, matką Zeldy i Zahira, wykładowczynią na wielu zagranicznych uczelniach. Turczynką, która żyje na styku kultury wschodu i zachodu. Jest też Sufistką. Sofistką zaledwie bywa. Ale jak sama mówi, nie zawsze potrafiła być przez te mnogość szczęśliwa. Nie doceniała jej „należycie” i nie akceptowała. Gubiła się w niej i miotała. Buntowała przeciwko kolejnym rolom, które przychodziło jej odegrać kosztem pozostałych, w tym wysoce zmaskulinizowanym świecie. A mimo to postanowiła śladem swoich poprzedniczek - pisarek - wybrać się w podróż w poszukiwaniu swojej kobiecości i znaleźć równowagę dla wszystkich „chce” i „mogę”. Tak oto powstało „Czarne mleko”.
W tej autobiograficznej powieści pisarka przez pryzmat własnych doświadczeń stara się opowiedzieć historie współczesnych kobiet. Nakreślić ich problemy i stworzyć uniwersalny portret psychologiczny. Pisze o funkcjach, jakie przyszło nam – przedstawicielkom żeńskiej części społeczeństwa, pełnić w XXI wieku i zmianie, jaka zaszła w postrzeganiu tego stanu rzeczy, na przestrzeni ostatnich stuleci. Roztrząsa w tym celu swoją wieloelementową kobiecość, która musiała pogodzić (miejscami antagonistyczne względem siebie) potrzeby: miłości, małżeństwa, macierzyństwa i pisarstwa. Prowadzi gorzko-słodkie dialogi ze swoim sześcioosobowym alter ego w postaci "calineczek", rysując tym samym złożoność damskiej osobowości. Nawiązuje do swojego dzieciństwa i dorastania, by podkreślić ogromną rolę tradycji i norm w kształtowaniu się oczekiwań, na które obecne kobiety, niezależne i wolne, nie chcą się łatwo godzić. Wspomina swoje manifesty feministyczne, pierwsze spotkanie z mężem, które w jednej sekundzie obróciło je wszystkie w pył i opisuje swoją wewnętrzną walkę z depresją po urodzeniu pierwszego dziecka. Śmieje się z hormonalnych burz i tykającego zegara biologicznego. A w międzyczasie zgrabnie przywołuje liczne biografie znakomitych pisarek tj.: Virginia Woolf, Sylvia Plath, Doris Lessing, Anais Nin, Lou Andreas-Salomé, Zelda Fitzgerald czy Simone de Beauvoir, posiłkując się ich historiami w szukaniu siebie i uniwersalnej prawdy. Całość jest przy tym lekka, zwiewna i niesamowicie eteryczna.
Rozszczepienie jaźni nigdy wcześniej nie miało tyle uroku, co w powieści Pani Safak. Czytając te książkę ma się wrażenie, że siedzi się w kawiarni z najlepszymi przyjaciółkami, przy wyśmienitej kawie i plotkuje bez opamiętania. Trochę narzekań, odrobina ploteczek, szczypta pikanterii i nieopisana atmosfera zrozumienia i akceptacji. Uskrzydlająca lektura. Zdecydowanie najmilsza literacka niespodzianka, jaka spotkała mnie w tym roku. I choć czasami żałuję, że o kobietach na poważnie piszą wyłącznie inne kobiety, to dziękuję Elif Safak za te książkę z całego serca. Po tej lekturze każda z nas ma bowiem szanse poczuć się silniejsza i pewniejsza, że może więcej i mocniej. Mieć i być. Myślę, że dla Panów to też będzie ciekawa pozycja, która pozwoli im zachować wiele ciepła i zrozumienia dla wszystkich Dam swojego życia. Tym bardziej, że pisarka jest wytrawną gawędziarką. 
Ogromnie polecam.

13 grudnia 2011

"Kiki van Beethoven" Eric E. Schmitt

Erica E. Schmitta albo się kocha, albo nienawidzi. To ten typ pisarza, który budzi w człowieku wszystko, co skrajne i antagonistyczne. „Poprawne stylistycznie i merytorycznie opowieści o wszystkim i o niczym, przewidywalne aż do bólu”, a jednak miliony ludzi na całym świecie zaczytują się w nich z duszą na ramieniu. I wcale nie znaczy to, że są mniej wybredni czy wręcz wybrakowani. Schmitt potrafi bowiem zręcznie ogrzać człowieka swoimi historiami, zwrócić dzieciństwu, wspomnieniom, albo wyczulić na wszechobecną krzywdę. Znieczulice, której cześć z Nas nie chce czuć. Dla jednych jego książki to: truizmy, aksjomaty, bajki, dla innych recepty i powtórki materiału z przedmiotu „życie”. W obu przypadkach, opowiedziane pięknie.
            Kiki czuje w sercu chłód. Mocno doświadczona przez życie zamknęła się w swoim świecie pozbawionym bólu, wypierając wszystko, co kłuje i rani. Ale zapomniała, że tym samym na własne życzenie odcięła się również od tego, co piękne i ważne. Od tego, co wywoływało uśmiech i kołysało zmysły. Od przeszłości, która miała również tęczowe odcienie i siebie samej. Odkrycie tego faktu nie jest dla staruszki i jej koleżanek niczym przyjemnym. Postanawiają więc wyruszyć w podróż w głąb siebie i odnaleźć to, co, dawało im szczęście, a co niefortunnie utraciły – muzykę w sercu.
            Kiki van Beethoven to krótka i bardzo ciepła opowieść o nie zawsze ciepłych rzeczach. Stanowiąca pierwszy rozdział książki - historia starszej Pani, która próbuje odnaleźć w sobie muzykę ukochanego Beethovena - jest tak właściwie sztuką, którą E.E. Schmitt napisał dla Teatru La Bruyere. Druga część, pt.: „Kiedy pomyślę, że Beethoven umarł, a tylu kretynów żyje…” jest już esejem pisarza na temat Jego związków z kompozytorem i znaczenia dzieł wielkiego pianisty w życiu pisarza i każdego z Nas. To refleksja nad Naszą wrażliwością i niedoskonałością. Nad zagubieniem i głodem uczuć. Gorzka wizytówka obecnych czasów i swoista recepta na lepsze jutro. Poruszająca, a miejscami wręcz zachwycająca. Tym bardziej cenna, że nie jest iluzją, ani wytworem wyobraźni literata, a formą rozmowy z czytelnikiem. Autor prowadzi nas przez ważne dla Niego momenty życia i uczy, jak nawet mało nieznaczące chwile i wydarzenia mogą zawarzyć na Naszym życiu. Nie moralizuje. Rozświetla.
            Książka, jak pozostałe, które wyszły spod pióra Schmitta jest miła, lekka i przyjemna. Napisana przystępnie i spójnie, a przez to szybka w czytaniu i odbiorze. Poszerza horyzonty, bez zawalania czytelnika nadmiarem informacji. I chociaż nie zaliczyłabym jej do „top 3” Jego powieści, to na pewno wrócę do książki i do załączonej do niej płyty z wybranymi utworami Beethovena nie raz. Polecam na długi zimowy wieczór.

9 grudnia 2011

Maraton Pisania Listów 2011 Amnesty International


Moi Drodzy,
każdy, kto choć raz trzymał w swoich dłoniach książkę wie, że najkrótsza linijka tekstu potrafi zmienić życie. Nasze, innych. Dać nadzieje, wiarę i siłę w rzeczy, o których nigdy nie pomyślelibyśmy, że są w ogóle możliwe. W sprawiedliwość, wolność, równość. W drugiego człowieka. Kilka białych kartek, na których ktoś wylał kawałek swojego serca, ofiarował cząstkę siebie. Zlepka liter zmieniająca się w słowa, słowa urastające do zdań, zdania, które zmieniają świat. Ten Nasz - nieidealny i miejscami zły. Świat, o którego kierunku może zdecydować każdy z Nas.

W ten weekend na całym świecie wolontariusze i ludzie dobrej woli będą słowami zmieniać rzeczywistość. Wylewając swój sprzeciw w listach przeciwko niesprawiedliwości i złu, wstawią się za 10cioma osobami,  które Amnesty International uznało za ofiary łamania praw człowieka. Za więźniów obozów pracy w Korei Północnej, 20-letniego blogera z Azerbejdżanu więzionego za wpisy na facebooku, Jemenke skazaną na karę śmierci i 7-mioro innych osób, które padły ofiarami systemów, w którym przyszło im żyć.

Na stronie http://maraton.amnesty.org.pl/ znajdziecie dokładną listę wszystkich punktów w Polsce, gdzie w ten weekend każdy z Was będzie mógł pójść i wziąć udział w tej wspaniałej akcji. Akcji, która rozpoczęła się w Polsce, a w ostatnich 3 latach zaowocowała ponad 600 tysiącami listów napisanymi na całym świecie i uwolnieniem ponad 50% osób, w intencji których pisano.

Nic Was to nie kosztuje! Na miejscu będą czekać na Was: długopis, kartka, koperta, instrukcja i charakterystyka każdego z bohaterów maratonu wraz z adresem osoby, do której list należy zaadresować. Po napisaniu listu zostawiacie go wolontariuszom, a oni zajmą się ich wysłaniem. Jeśli nie macie możliwości udania się do punktu zbiórki, wystarczy znaleźć te same danie na stronie akcji, list napisać w domu i wysłać własnoręcznie na poczcie. Czy to takie trudne?

Jeszcze 20 lat temu, to my nie mieliśmy swoich praw, a o naszym losie decydował system. Nie zapominajmy więc o tych, którzy czekają na lepsze czasy dla siebie i swojej ojczyzny.

Gorąco Was zapraszam do odwiedzenia strony i wzięcia udziału w tej pięknej akcji zmienia świata, a nie dumania jedynie nad tym, jakie to fatalne miejsce. Spiszmy w tych listach lepszą przyszłość i modlitwę o dobro. Let the dream come true.

2 grudnia 2011

"Zrób sobie raj" Mariusz Szczygieł

          Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jakby to było mieszkać w anty-Polsce? Gdzieś na totalnie przeciwległym biegunie estetycznym niż Nasz? Bez tego całego zaściankowego zakłamania, ułudy, martyrologii wylewającej się z każdego zakamarka codzienności? Bez patriotycznych pochodów, bohaterskich epopei i ojców dyrektorów ogłupiających dużo dotkliwiej niż reklamy w telewizji? Tam, gdzie widok Janusza Palikota, nawet niosącego świńską głowę, nie budziłby takiej sensacji, a człowiek umiałby się śmiać z siebie i swoich rodaków na cały głos? I gdzie nie zaczynało by się drugiego zdania od zdrowia, pieniędzy i użalania się nad tym, że sąsiad ma więcej? Chcielibyście? Bo ja tak. Ale przecież nikt nie jest idealny, więc jak idealny może być kraj. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Nigdy bym nie pomyślała jednak, że moja mentalna utopia znajduje się zaledwie 40km ode mnie. To był szok. 
           Mówią, że Mariusz Szczygieł to „jakość sama w sobie”. „Zdolny dziennikarz”, „nienajgorszy literat”, a przede wszystkim „arcysympatyczny człowiek”. Jeśli liczyć mu wady to pierwszą i ostatnią byłoby ponoć czechofilstwo. Wiedziona takim opisem rzeczy, wszystkimi pochlebnymi recenzjami, nagrodami wysypującymi się z szuflad i mglistym wspomnieniem Jego talk show sięgnęłam po „Zrób sobie raj” dość przypadkowo. Ot jakiś bliżej nieokreślony egzemplarz zahaczył o prawą rękę i tak mu zostało na całe popołudnie.
         „Zrób sobie raj” to napisana z reporterską, choć subiektywną precyzją opowieść o współczesnych Czechach. O ich wadach, zaletach, pasjach. O ich spojrzeniu na świat i  siebie samych. O mentalności, jak się okazuje dalece innej od polskiej i wspólnej historii, którą rozumiemy z goła inaczej. Mniej lub bardziej znane nazwiska obok zupełnie anonimowych postaci dzielą się z autorem swoimi przemyśleniami, anegdotami  i wierzeniami bez większych oporów i tabu. Szczerzy, życzliwi i bezpretensjonalni. Książka jest też skarbnicą wiedzy na temat literatury i sztuki naszych południowych sąsiadów, którzy przemienili swój narodowy dobytek w społeczny antydepresant. Wiele miejsca dziennikarz poświęca nazwiskom takim jak Egon Bondy, David Cerny, Halina Pawlowska czy Jan Saudek. Jednak to, co frapuje Go najmocniej, to fakt, że Czesi żyją bez Boga. Mało tego, mają się lepiej od katolickiej Polski. Pytania natury religijnej i duchowej dominują zatem w każdym z rozdziałów malując przy tym obraz społeczeństwa ateistycznego, otwartego i tolerancyjnego. Prawie idealnego, gdyby nie to, że wad im zabrakło. :)
         "Zrób sobie raj” czyta się szybko i sprawnie, głównie dlatego, że język jest prosty i dowcipny, a bohaterowie wyraziści. Nie do końca jednak pojmuje fenomen książki, bo dla mnie miejscami była zbyt przegadana i nużąca. Lubię długie rozmowy, ale nie w kółko o tym samym. Szkoda, że teologia przytłoczyła mój zachwyt nad socjologicznym profilem narodu czeskiego, który mogłabym zgłębiać i zgłębiać. A może to przez mój ateizm? Nie mam pojęcia.
          Reasumując: przyjemna i poszerzająca horyzonty lektura, a przy tym bardzo pochlebna wizytówka Czechów. Niestety miejscami zbyt obfita i maślana, a przez to ciężkostrawna

30 listopada 2011

"Bar dobrych ludzi" JR Moehringer

  
       Kiedy byłam nastolatką bardzo modne było tkanie bransoletek z muliny. Misternie wyplatane supełek po supełku, z pukla tęczowych nitek przyczepionych agrafką do spodni na wysokości kolana, stanowiły ozdobę każdego nadgarstka. Pasiaste, różnorodne, z gdzieniegdzie zbyt mocno zaciągniętą pętelką. Niedoskonałe. Osobiste. Jak sam właściciel. Lubiłam żartować, że to takie pismo klinowe naszych czasów, a my niczym nadworni kronikarze notujemy na nich własną historię. Kiedy dziś o nich myślę supełki przybierają ludzkie twarze. Bliższe, dalsze. Znane z imienia, grymasu, napotkane zupełnie przelotem. A każda z nich to słowo, gest, emocja. Niezbędna lekcja w procesie dojrzewania. Kolejny schodek do miejsca, w którym jestem teraz i będę kiedyś. Do siebie samej.
       JR poznajemy, kiedy ma 11 lat. To piekielnie wrażliwy i odpowiedzialny chłopiec, który ma te niezwykłą umiejętność spoglądania na świat z głębszej, bardziej melancholijnej perspektywy. Samotnie wychowywany przez niezaradną matkę i zapomniany przez ojca, stara się znaleźć sobie w świecie mistrza do naśladowania. Przygarnięty pod skrzydła przez wujka barmana-hazardzistę trafia do baru o nazwie Dickens, gdzie na przestrzeni kilkunastu lat spotka wielu niezwykłych i wyjątkowych ludzi, którzy pomogą mu odnaleźć siebie i swoją zagubioną tożsamość.
       „Bar dobrych ludzi” to cudownie lekka autobiograficzna powieść, a właściwie pamiętnik JR Moehringera o gorzkim dzieciństwie, niełatwym dojrzewaniu i trudnej dorosłości. O szukaniu brakujących męskich wzorców, miłości, rodziny. O pierwszych błędach, porażkach, zawodach sercowych, jak również o bezinteresownej pomocy, często płynącej od zupełnie obcych ludzi. O bliskości. O człowieczeństwie. O tym, że pozory mylą mocniej niż nam się wydaje. To też historia niezwykle inspirującej wspólnoty ludzi, dla których pobliski bar w Manhasset stał się nie tylko miejscem spotkań i dyskusji na naprawdę wysokim poziomie, ale także schronieniem i domem. Autor opisał swoje losy przez pryzmat twarzy i nazwisk, które kwantowały jego osobowość przez dekadę i oddał im w ten sposób największą cześć i szacunek. Jakby chciał powiedzieć „jestem sumą wszystkich tych, których w życiu spotkałem”. I choć na początku niekończące się historie zdają się męczyć, pod koniec zostawiają w człowieku niepojęte ciepło i magie.
       Ta książka, choć mówi o rzeczach wielkich, jest zupełnie pozbawiona patosu. Bezpośrednia, szczera i ludzka. Od i dla ludzi. Rzuca na szale wszystkie nasze stereotypy związane z bywalcami barów i przypomina, że nawet pijana twarz, wciąż ma drugie, bogatsze oblicze.

[…] - O czym to jest? […]
- Nienawidzę tego pytania – warknąłem. – Nie cierpię, kiedy ludzie pytają, o czym jest książka. Ludzie, którzy czytają tylko dla samej fabuły, ludzie, którzy wysysają fabułę jak kremowe nadzienie z ciastek, powinni ograniczyć się do komiksowych historyjek w gazetach i oper mydlanych. O czym jest ta książka? Każda książka, która jest coś warta, opowiada o ludzkich emocjach, o miłości, śmierci i bólu. Chodzi w nich przede wszystkim o słowa. […]

A tych w niej nie brakuje. 

15 listopada 2011

"Oskar i Pani Róża" Eric E. Schmitt

     Mogłoby się zdawać, że o niektórych książkach powiedziano i napisano już wszystko. Kultowe. Modne. Zgrabnym ołówkiem wpisywane przez miliony osób do zeszytu pod rubryczką „przeczytane”. Bo co to jest 50 stron. To kwestia małego espresso, utrwalanie się koloru pod ciepłym ręcznikiem na fotelu u fryzjera albo podróż autobusem na trasie praca-dom. Tylko czy na pewno?
Ja, do książki ‘Oskar i Pani Róża’ wracałam z tuzin razy na przestrzeni kilku lat. Na dwanaście, jak się później okazywało, tylko z pozoru trudnych sytuacji, w których potrzebowałam zwykłego światełka w tunelu i ciepłej myśli. Na tyle samo wątpliwości w to, czy w ogóle warto, a jeśli tak, to jak – żyjąc każdego dnia - nie przestawać żyć tak na prawdę. Wracałam do niej tez w chwilach bez nadziei i tych wypełnionych po brzegi beznadzieją. A ona czekała zawsze z szeroko rozpostartymi stronami i tuliła do serca niczym najczulsza z matek znajdując potrzebne słowo.
Eric E. Schmitt za pośrednictwem listów, które do Pana Boga pisze umierający 10cio letni chłopiec, zabiera czytelnika w dwunastodniową podróż przez życie. Miejscami smutną, miejscami radosną, ale przecież taki właśnie jest nasz ludzki żywot. Wraz z Oscarem, jego przyjaciółmi, tytułową Panią Różą, która jest wolontariuszką w szpitalu i innymi mniej lub bardziej przypadkowymi bohaterami przechodzimy przyśpieszony kurs dojrzewania, dorosłości i umierania. Na naszych oczach chłopiec staje się mężczyzną, zakochuje się, przeżywa pierwsze rozczarowania, popełnia pierwsze błędy, a potem odnajduje siłę, wiarę i  sens, by ostatecznie na swój  sposób spełniony, zamknąć powieki na zawsze.
Ta książka jest magiczna. Magiczna nie ze względu na fabułę, ale na pozytywny przekaz, którym opromienia świat. I choć wielu ludzi widzi w niej jedynie piękny, fikcyjny  obraz odchodzenia z ziemskiego padołu, dla mnie zawsze będzie niedoścignioną opowieścią o tym, jak żyć. Jak pokonywać każdy dzień i jak doceniać każdą z lekcji. Jak wycinać z codzienności nieśmiertelne chwile i wyklejać nimi wszystkie ściany w sercu. Jak być człowiekiem dla siebie samego i dla innych. Jak pamiętać o tym, że istniejemy nie tylko dla siebie. Opowieścią, którą wręcz trzeba się podzielić z następnymi pokoleniami.
Pisarz z właściwym sobie minimalizmem słownym przy jednoczesnym maksymalizmie znaczeniowym sprawia, że te 50 stron czyta się na jednym oddechu. Niespiesznie i z namaszczeniem, żeby nie pominąć najmniejszej ze złotych myśli. I choć świat często zarzuca mu populizm, przewidywalność i monotematyczność dla mnie Schmitt zawsze będzie niestrudzonym podróżnikiem w głąb ludzkiej duszy, której póki co poznaliśmy dopiero zarysy. 


5 listopada 2011

"Milion małych kawałków" James Frey

          
           Kiedy patrzę wstecz, w czasy, które ukształtowały moją obecną drogę i na ludzi, którzy inspirowali każdy mój krok, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że miałam dużo szczęścia. Opiekunka z podstawówki, która czule tuląc do piersi nazywała nas debilątkami, tylko po to byśmy zawczasu nauczyli się walczyć o siebie. Potem cudowna wychowawczyni z liceum, laureatka Nagrody im. Ireny Sendlerowej, która pokazała, że między bielą i czernią świata mieści się jeszcze paleta różnorakich barw i wreszcie wykładowca z uczelni – Piotr - człowiek powołany do tego, by zawstydzać innych swoim człowieczeństwem. To Oni ukierunkowali moją wrażliwość. To Oni wyczulili na prawdę w morzu obłudy. I to Oni pośrednio sprawili, że jedną z najważniejszych dla mnie - jako człowieka i terapeutki - książek jest „Milion małych kawałków” Jamesa Freya.
            Dziesięć lat uzależnienia od alkoholu i trzy od kokainy. Skrajne wyniszczenie organizmu i ducha. Permanentne ciągi, w których rzadko zdarzało się łapać kontakt z rzeczywistością. A to wszystko w wieku zaledwie 23 lat. Ośrodek zdaje się być ostatnim zakrętem przed przystankiem o nazwie: śmierć. Zakrętem, z którego Frey w swojej autobiograficznej powieści postanawia skorzystać raczej z przekory wobec świata niż wierząc, że ma to głębszy sens.
Książka jest szczerą do bólu relacją z 6 tygodni spędzonych w najskuteczniejszym z amerykańskich centrów odwykowych. Historią heroicznej walki, jak się okazuje bardzo świadomego siebie i inteligentnego człowieka, z przestarzałym i nieskutecznym systemem oraz demonami przeszłości i przyszłości. Autodestrukcją, którą nazywa furią i za którą od początku do końca, wbrew opinii terapeutów, obwinia wyłącznie siebie i swoje decyzje. Bohater chcę wyjść na prostą, ale na swoich zasadach i tu niewątpliwie dużym wsparciem okazują się zapewne nieprzypadkowo poznani w ośrodku przyjaciele: hazardzista, alkoholik i była prostytutka.
Milion małych kawałków to opowiedziana niepowtarzalnie świeżym i instynktownym, choć momentami turpistycznym językiem, bez cienia cynizmu, wyolbrzymiania i ugładzania historia cierpienia, które targa wrażliwym człowiekiem. Bólu codzienności, niedoskonałości i niezgody wobec tego, co nas – ludzi spotyka. Bez zbędnych metafor, bez idealizowania i moralizowania, zrelacjonowana dokładnie w punkt. Tak by poczuć ją w najdrobniejszym zakamarku swojej wewnętrznej ciemności, ale też nie utracić z oczu światła. Wstrząsająca, zaskakująca, obracająca w pył całe wyobrażenie o drugiej istocie i otaczającym świecie. Bezpośrednia, konsekwentna i spójna. Prawdziwa, aż do przesady.
            Ta książka jest świadectwem. Dokumentem opowiadającym nie tyle o upadku i skutkach uzależnienia, co o podnoszeniu się z niego. Zawsze, gdy o niej myślę przypomina mi się zasłyszana w dawnych czasach maksyma, żeNiebo nie po to wali nam się na głowy, żeby się nami bawić, ale żeby się nami zachwycać, kiedy będziemy się podnosić.”. To historia o tym, że każdy z nas nosi w sobie kogoś większego, kto może o wiele więcej niż przypuszczamy. O wewnętrznej sile. O smaku ziemi i o cieple na twarzy. O pragnieniu miłości i akceptacji. O tym jak ważni są dla nas inni i jak ważni to my jesteśmy dla nich. Po prostu o życiu – we wszystkich jego smakach. I chociaż od premiery minęło 6 lat, nie wybaczyłabym sobie, gdybym Was do niej nie zachęciła, bo zmienia życie. 

„[...] Spogląda na mnie i uśmiecha się, nasze oczy się spotykają i ja uśmiecham się do niej. Spuszcza wzrok, a ja zatrzymuję się i patrzę na nią. Podnosi wzrok i uśmiecha się jeszcze raz. [...] Stoję i patrzę na nią, po prostu patrzę patrzę patrzę. [...] A Lilly nie rozumie, co robię i dlaczego to robię, i czerwieni się i to jest piękne.[…]”

Moje zmieniła.

2 listopada 2011

"Dziewczyny wojenne" Łukasz Modelski

Za każdym razem, kiedy jadąc autobusem przysłuchuje się rozmowie przypadkowych nastolatek, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dzieli nas pokoleniowa przepaść. Wulgaryzmy, powszechny brak szacunku wobec wszystkich, w tym siebie samej. Różnica nie do pokonania w poglądach, systemach wartości i moralnych podwalinach istnienia. Łapię się z przerażenia za głowę, bo przecież jeszcze niespełna 8 lat temu, to ja byłam ta pyzata młodą dziewczyną, która z ogromnym podekscytowaniem odliczała dni do matury i dorosłości mieniącej się wówczas w wyłącznie tęczowych kolorach. Większa od Kolumba, mądrzejsza od Einsteina, a już z całą pewnością ciekawsza od wszystkich babć i dziadków, za czasów których nie działo się nic ciekawego. A nawet jeśli – to było nudne, jak lekcje historii z których nic sensownego nie wynika dla młodej, ciekawej świata kobiety z nieograniczonymi możliwościami.
            W sierpniu 1939 roku jedenaście przypadkowych dziewczyn, bohaterek książki Łukasza Modelskiego „Dziewczyny wojenne” również miało wielkie plany i jeszcze większe marzenia. Magda, Hala, Jagoda, Zenia, Dzidzia, Basia, Irka, Wandzia, Lala, Ala i Zosia stały u progu tej samej dorosłości, choć w trochę innym świecie. Jeszcze pełne naiwności, wiary, niektóre odrobinę krnąbrne, inne zwyczajnie zagubione, starały się wybrać najlepszą dla siebie drogę. W ich przypadku los postanowił jednak zawężyć możliwości i ścisnąć wolną wolę wyłącznie do dwóch opcji: żyć lub umrzeć. Wybuch drugiej wojny światowej przewrócił do góry nogami wszystkie tlące się w głowach i sercach scenariusze przyszłości. To, co miało być najpiękniejszym okresem życia stało się najczarniejszą kartą historii.
Każda z dziewczyn opowiada poruszającą historie swojego życia w cieniu trwającego konfliktu zbrojnego, a każda z tych opowieści choć na pierwszy rzut oka różna, tak jak one same, w ostatecznym rozrachunku składa się na wspólny obraz niesamowicie heroicznych kobiet, które pisały historie Polski swoimi bohaterskimi czynami. W ich przypadku studia i podróże przerodziły się w pracę w konspiracji, walki zbrojne, ucieczki, pojmania, tortury, ratowanie życia niewinnych, a niejednokrotnie również własnego. W nieustającą gotowość do poświecenia się za sprawę, czy to jako żywa torpeda, odważna łącznika czy też kochanka wroga. Również w otwartą potyczkę z agresorem, ale także z głodem, strachem i własnymi słabościami. Nie zapominały przy tym jednak kochać, dawać z siebie drugiemu człowiekowi i być iskierką ciepła, przy której pielęgnowano nadzieje na lepszą przyszłość.
Powieść, a może raczej reportaż Łukasza Modelskiego, nie jest książką historyczną, lecz pozbawioną zbędnego patosu i  ceremonialności opowieścią o całkiem zwyczajnych kobietach, które pozostały ludzkie w odhumanionym świecie, co czyni je wyjątkowymi. Nie dość silne by walczyć u boku mężczyzn na froncie, prowadziły miejscami dużo ważniejszą i niebezpieczniejszą kampanie o wolność swoją i umiłowanej ojczyzny. Skromne, szczere i pokorne nigdy nie domagały się uznania i poklasku, przez co historia II wojny światowej to głównie historia mężczyzn. Złożyły na ołtarzu ojczystej ziemi nie tylko swoją młodość, ale również zdrowie i godność. A mimo to nie jest to smutna opowieść, lecz poruszająca, pełna siły i pozbawiona egoizmu, tak modnego w dzisiejszym świecie. Świecie, który stara się zrzucić silne kobiety do podziemia, uznając je najoględniej za niekobiece feministki, niechciane przez żadnego mężczyznę, i który napiętnuje je za rozwijającą się karierę, w często uważanych za wyłącznie męskie branżach, wyśmiewając przy tym ich aspiracje i marzenia. A przecież nasze babki i matki w osobach tych jedenastu niezwykłych dam udowodniły na kartach „Dziewczyn wojennych”, że historia teraźniejszości i jej kształt to w ogromnym stopniu właśnie zasługa KOBIET.
Lektura obowiązkowa dla każdego, a w szczególności dla młodych kobiet, które wątpią w swoją siłę i tych, którzy już dawno spisali swoich przodków i historię na straty.

27 października 2011

"188 dni i nocy" Małgorzata Domagalik, Janusz L. Wiśniewski

Moja prababcia zwykła mawiać, że (skoro już się chce!) wiązać na całe życie należy się wyłącznie z mężczyzną, z którym lubi się rozmawiać. Że przeminą wysportowane ramiona, posiwieje każdy jeden niegdyś kasztanowy włos, a jedyne, co pozostanie to słowa, marzenia i refleksje, którymi ktoś ujął nas za serce. Uśmiecham się do mądrości przodków i przekierowuje swoją uwagę na otoczenie. Wiele słów, nadmiar informacji. Świat obrazkowych faktów o nikogo nieporuszającej etiologii. Rozminowana wieża Babel, bez problemu swoistego niezrozumienia, ale nagle zabrakło tematów i chęci. Wielu ludzi skłonnych do mówienia, a tak niewielu do rozmowy.

            Po lekturze kilku pierwszych tytułów spod pióra Janusza L. Wiśniewskiego do kolejnych podchodziłam dość sceptycznie. Rozkładający każdy z poruszanych tematów w sposób nader naukowy jawił mi się głównie jako zimny moralista, a nie porywający pisarz. Co, jak co, ale wykłady preferowałam wówczas na auli uniwersyteckiej, a nie w zachwycających książkach, które były obietnicą niepoprawnego politycznie uniesienia. Po kilku latach bojkotu za sprawą Miss Jacobs natknęłam się jednak na zjawiskowy cytat i jakież wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że jest Jego autorstwa:

 „Poszłaby Pani ze mną na spacer w Paryżu? Około północy? Na cmentarz? [...] Poszlibyśmy na ten cmentarz, aby się przekonać, że nie wolno nam tam wejść. Cmentarze zamyka się w Paryżu przed zamknięciem banków. Byłaby Pani rozczarowana, prawda? Ja byłbym zawstydzony tym, że tego nie sprawdziłem. Mężczyzna powinien zabierać kobietę do miejsc, które jej obiecał. Szczególnie do tych, do których mieli dotrzeć nocą.”

            188 dni i nocy” to zapis prowadzonych na przestrzeni 2 lat, prywatnych rozmów Janusza Wiśniewskiego z wybitną dziennikarką Małgorzatą Domagalik. Duet zupełnie niesztampowych i nieprzeciętnych ludzi dzieli się za pośrednictwem maili nie tylko swoją codziennością i wiedzą, ale także głęboko skrywanymi przemyśleniami i sekretami. Obok obopólnej życzliwości i szacunku wobec siebie, pojawia się również ogromna wzajemna fascynacja i intymność. Znajomość tych dwojga na oczach czytelnika przeradza się w sympatie, a z czasem w uskrzydlającą przyjaźń, która w dzisiejszych czasach zdaje się być prawie niemożliwa. Porywające dyskusje „o wszystkim”, nigdy „o niczym”. Intelektualne prowokacje, masa celnych ripost i nieopisana skarbnica wiedzy z zakresu wszystkich nauk. Dywagacje natury feministycznej, egzystencjalnej, filozoficznej, socjologiczno-społecznej, ale również spora dawka historii, matematyki, mądrości, miłości i seksu zaserwowane w sposób szczery, prosty (choć z całą pewnością nie prostacki) i obłędnie smaczny. Schopenhauer, Nietzsche, Kinsey, Wisłocka, Toulouse-Lautrec i Bill Gates – koktajl nazwisk i osobowości równie niebanalnych, co intrygujących, a to wyłącznie przystawka.

Autorzy opowiedzieli bezpretensjonalną opowieść o kobiecie i mężczyźnie, którzy sięgając poza społeczne i prywatne ograniczenia bez wstydu, lecz nie bezwstydnie, stają się swoim idealnym emocjonalnym dopełnieniem. Pokazali, że szacunek wobec rozmówcy, to coś więcej niż kurtuazja zwrotów – to czas i energia włożona w przelanie części siebie na papier i ofiarowanie go drugiej osobie. Najważniejsze jest jednak to, że zaczarowali moją szarą codzienność na kilka pełnych uniesień wieczorów, nierzadko z kołataniem serca, czego i Wam gorąco życzę.

Naprawdę warto.