Kiedy patrzę wstecz, w czasy, które ukształtowały moją obecną drogę i na ludzi, którzy inspirowali każdy mój krok, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że miałam dużo szczęścia. Opiekunka z podstawówki, która czule tuląc do piersi nazywała nas debilątkami, tylko po to byśmy zawczasu nauczyli się walczyć o siebie. Potem cudowna wychowawczyni z liceum, laureatka Nagrody im. Ireny Sendlerowej, która pokazała, że między bielą i czernią świata mieści się jeszcze paleta różnorakich barw i wreszcie wykładowca z uczelni – Piotr - człowiek powołany do tego, by zawstydzać innych swoim człowieczeństwem. To Oni ukierunkowali moją wrażliwość. To Oni wyczulili na prawdę w morzu obłudy. I to Oni pośrednio sprawili, że jedną z najważniejszych dla mnie - jako człowieka i terapeutki - książek jest „Milion małych kawałków” Jamesa Freya. Dziesięć lat uzależnienia od alkoholu i trzy od kokainy. Skrajne wyniszczenie organizmu i ducha. Permanentne ciągi, w których rzadko zdarzało się łapać kontakt z rzeczywistością. A to wszystko w wieku zaledwie 23 lat. Ośrodek zdaje się być ostatnim zakrętem przed przystankiem o nazwie: śmierć. Zakrętem, z którego Frey w swojej autobiograficznej powieści postanawia skorzystać raczej z przekory wobec świata niż wierząc, że ma to głębszy sens.
Książka jest szczerą do bólu relacją z 6 tygodni spędzonych w najskuteczniejszym z amerykańskich centrów odwykowych. Historią heroicznej walki, jak się okazuje bardzo świadomego siebie i inteligentnego człowieka, z przestarzałym i nieskutecznym systemem oraz demonami przeszłości i przyszłości. Autodestrukcją, którą nazywa furią i za którą od początku do końca, wbrew opinii terapeutów, obwinia wyłącznie siebie i swoje decyzje. Bohater chcę wyjść na prostą, ale na swoich zasadach i tu niewątpliwie dużym wsparciem okazują się zapewne nieprzypadkowo poznani w ośrodku przyjaciele: hazardzista, alkoholik i była prostytutka.
Milion małych kawałków to opowiedziana niepowtarzalnie świeżym i instynktownym, choć momentami turpistycznym językiem, bez cienia cynizmu, wyolbrzymiania i ugładzania historia cierpienia, które targa wrażliwym człowiekiem. Bólu codzienności, niedoskonałości i niezgody wobec tego, co nas – ludzi spotyka. Bez zbędnych metafor, bez idealizowania i moralizowania, zrelacjonowana dokładnie w punkt. Tak by poczuć ją w najdrobniejszym zakamarku swojej wewnętrznej ciemności, ale też nie utracić z oczu światła. Wstrząsająca, zaskakująca, obracająca w pył całe wyobrażenie o drugiej istocie i otaczającym świecie. Bezpośrednia, konsekwentna i spójna. Prawdziwa, aż do przesady.
Ta książka jest świadectwem. Dokumentem opowiadającym nie tyle o upadku i skutkach uzależnienia, co o podnoszeniu się z niego. Zawsze, gdy o niej myślę przypomina mi się zasłyszana w dawnych czasach maksyma, że „Niebo nie po to wali nam się na głowy, żeby się nami bawić, ale żeby się nami zachwycać, kiedy będziemy się podnosić.”. To historia o tym, że każdy z nas nosi w sobie kogoś większego, kto może o wiele więcej niż przypuszczamy. O wewnętrznej sile. O smaku ziemi i o cieple na twarzy. O pragnieniu miłości i akceptacji. O tym jak ważni są dla nas inni i jak ważni to my jesteśmy dla nich. Po prostu o życiu – we wszystkich jego smakach. I chociaż od premiery minęło 6 lat, nie wybaczyłabym sobie, gdybym Was do niej nie zachęciła, bo zmienia życie.
„[...] Spogląda na mnie i uśmiecha się, nasze oczy się spotykają i ja uśmiecham się do niej. Spuszcza wzrok, a ja zatrzymuję się i patrzę na nią. Podnosi wzrok i uśmiecha się jeszcze raz. [...] Stoję i patrzę na nią, po prostu patrzę patrzę patrzę. [...] A Lilly nie rozumie, co robię i dlaczego to robię, i czerwieni się i to jest piękne.[…]”
Moje zmieniła.